Mieszanki szczegółowe
Co miesiąc zdarza mi się bardzo niemiła przypadłość.
Idę na zakupy do sklepu wielkopowierzchniowego. Wielkopowierzchniowy oznacza w moim słowniku "każdy większy od przeciętnego Kefirka czy innego Lewiatana". Poprzedzam tę wizytę studiowaniem promocji i kupuję różne rzeczy, głównie ciężkie/hurtowe/podstawowe. I cierpię.
Jedyne, co mnie pociesza, to myśl, że przez kolejny miesiąc nie będę tego miejsca musiała oglądać.
No, ale zrobiłam niedawno różne Słuszne i Oszczędne Zakupy i przy okazji kiwałam głową nad zjawiskiem, które ostatnimi czasy pogłębia się bardzo poważnie. Chodzi o przyprawy. Nie wiem, czy tylko mnie się wydaje, że są one ostatnio produkowane w wersji "dla nietwórczego leniwca"?
Tak sobie myślałam, mniej więcej:
Zdarzyło mi się kiedyś kilka miesięcy, tak, nic nie przesadzam, szukać zielonego pieprzu. Nie zależało mi aż tak strasznie, tylko patrzyłam, żeby uzupełnić zapas - ale na półkach były liczne mieszanki pieprzów, pieprz czarny, pieprz ziołowy, pieprz cytrynowy, pieprz z opiłkami złota, pieprz z pawimi piórami, pieprz ze szlachetnym drewnem egzotycznym... no dobra, odrobineczkę przesadzam. W każdym razie - nie było prostego, nieskomplikowanego pieprzu zielonego. W końcu, kiedy mi się wyczerpał zapas w słoju, udałam się po prostu i bez kłopotu do stosownego sklepu przyprawowego i kupiłam tam nie tylko zielony pieprz, ale i czosnek niedźwiedzi i inne jeszcze miłe rzeczy. Nie w tym rzecz - wiadomo, że to nie filozofia.
Od tego jednak czasu przyglądam się uważnie przyprawom na półkach supermarketów i obserwuję, że coraz częściej przyprawy normalne i uczciwe - oregano, chili, rozmaryn - przygniatane są po prostu gotowymi mieszankami. Przyprawa do gulaszu z wieprzowiny, przyprawa do pizzy, przyprawa do flaczków - no ludzie!
Nie mówię, że każdy ma się posuwać do ekstremów (choć czy to ekstremum, że wolę np. własną przyprawę piernikową, ubijaną na świeżo w moździerzu, niż jakieś podejrzane proszki?). W końcu i ja czasem używam mieszanek: na przykład ziół prowansalskich. Ale jeśli ta tendencja ma jakieś pokrycie w zapotrzebowaniu ludzkości, to boleję nad ludzkością i nad jej kuchennymi doświadczeniami. Do licha, przecież gotowanie jest średnio zabawne, jeśli się przy nim nie eksperymentuje, nie szuka smaków, nie miesza i nie ryzykuje samemu! Gotowanie jest żmudne, nudne i paskudne, jeśli nie ma w nim żadnej przygody, na świętego Dunstana! Idąc radośnie w tym kierunku, jeszcze nigdy-przenigdy nie upiekłam kurczaka przyprawiając go w ten sam sposób, i sypię nagietki do sałatek i tak dalej, i tak dalej. Nic szczególnego - żaden ze mnie Mistrz, raczej frywolny praktyk - ale tak, żeby było ciekawiej. A ludzkość - czy to możliwe - miałaby dobrowolnie przysypać swoją dociekliwą i twórczą naturę warstwą glutaminianu sodu i jakichś roztoczy w gotowej saszetce?
NIE!
I co widzę - cóż widzą moje udręczone marketem oczy? Przyprawę do złocistych piramidek z kurczaka średniej wielkości, w załączeniu woreczek. O nie. O nie. Pomocy.
Jedyne, co mnie odrobinę rozwesela, to fakt, że nie powiedzieli, na co właściwie jest ten woreczek.
